Świadectwa

Miejsce na Twoje Świadectwo 🙂
Świadectwo Maryni

Praca razem z Duchem Świętym.

Jestem nauczycielką. Ostatnio dostałam propozycję indywidualnej pracy z uczennicą kl. III w jednej ze szkół podstawowych. Dziewczynce tej po całej serii specjalistycznych badań psychologiczno-pedagogicznych przydzielono 10 godzin tygodniowo indywidualnej pracy z nauczycielem z uwagi na deficyty rozwojowe, zwłaszcza w sferze przyswajania wiedzy i umiejętności z edukacji matematycznej. Po rozeznaniu woli Pana przyjęłam tę propozycję. Oddałam Panu moją bezsilność w kwestii pomocy tej uczennicy. Skoro do tej pory nikt skutecznie jej nie pomógł, to przecież ja sama też nie dam rady. Zdałam się całkowicie na Ducha Świętego. Powiedziałam Mu, że skoro posyła mnie do tej dziewczynki, to ja Mu bardzo dziękuję, że chce się mną posłużyć i proszę, by działał przeze mnie. Na motto mojej posługi przyszły mi słowa Rz 5,5  „A nadzieja zawieść nie może, bo Miłość Boża rozlana jest w nas przez Ducha Świętego, który został nam dany”.

Cały czas towarzyszyło mi bardzo wyraźne przekonanie, że Pan posyła mnie do tej dziewczynki, bym przekazywała jej Jego Miłość. Dowiedziałam się od wychowawczyni, że ona jest bardzo nieśmiała, pozbawiona zupełnie wiary w siebie, wyalienowana, płaczliwa. Na pierwszym spotkaniu w obecności nauczycielki z klasy uczennica przywitała mnie tuląc się do mnie jak do kogoś bliskiego, jak do osoby, którą zna od dawna, do której ma zaufanie. Od pierwszej wspólnej lekcji, codziennie przed rozpoczęciem naszych zajęć modlimy się głośno, zapraszając do nas Ducha Świętego. Pan zadbał nawet o szczegóły potrzebne mi do tej pracy, podsuwając mi w rękę odpowiednie środki dydaktyczne i pomysły na właściwe metody pracy, również takie, których do tej pory jako nauczycielka nie stosowałam. Uczennica pracuje bardzo chętnie. Wiele radości przynosi jej fakt, że rozumie co i jak ma wykonywać, doprowadzając zadania do końca i uzyskując dobre wyniki. Po siedmiu dniach wspólnej pracy wychowawczyni pokazała mi jej sprawdzian, który pisała z całą klasą, rozwiązując te same zadania co wszystkie dzieci. Komentarz Pani brzmiał: „Nie wiem co się stało, ale po raz pierwszy napisała sprawdzian na piątkę. Nie zrobiła ani jednego błędu.” Dodam , że były to zadania z poziomu, do którego ja jeszcze z nią nie doszłam, gdyż musiałam zacząć pracę od fundamentalnych podstaw. Przy spotkaniu się z jej mamą dowiedziałam się, że nastąpiła diametralna zmiana w zachowaniu córki, jej stosunku do nauki. Po raz pierwszy chętnie siada do odrabiania zadań domowych i nie potrzebuje przy tym niczyjej pomocy.

Jaki z tego wniosek? Dla Boga nie ma nic niemożliwego! Wystarczy być pokornym i posłusznym narzędziem w Jego ręku, dać Mu do dyspozycji swoją słabość i ufność, siejąc ziarenka, którymi dysponujemy, a On już daje wzrost i owocowanie. Chwała Panu!
Marynia

Świadectwo Marioli

Codziennie karmię się Słowem Bożym.

Mam na imię Mariola. Pochodzę z rodziny katolickiej, w której nie było Pisma Świętego. Zdarzyła się kiedyś okazja nabycia brakującej umiejętności czytania Pisma Świętego. Opiekun naszej Wspólnoty Krzew Winny Ojciec Aleksander (biblista) zaproponował nam Roczny Plan Czytania Biblii. Z entuzjazmem podjęłam to wyzwanie. Jednak po jakimś czasie zniechęciłam się zaległościami. Wtedy usłyszałam od Ojca „Kto się pogubił w czytaniu – niech zostawi zaległości i czyta na bieżąco”. Ale ulga i radość! Druga szansa. Kiedyś zdarzyła się sytuacja, że w tym samym terminie miałam uroczystość pierwszej rocznicy ślubu syna i synowej oraz pogrzeb cioci. Nie wiedziałam co wybrać, rozważałam to, ale bezowocnie. Jakie było moje zdziwienie i radość gdy w przeddzień uroczystości w czytanym przeze mnie fragmencie Biblii znalazłam odpowiedź na mój dylemat: „Zostawcie umarłym grzebanie ich umarłych” (Łk 9, 60). Wielkie wzruszenie miłością Boga!
Od tego momentu czytam Słowo Boże jako list mojego Ojca Niebieskiego do mnie, ukochanej córeczki, o którą zawsze się troszczy. Codziennie karmię się Słowem Bożym, które mnie prowadzi. Jest mi dużo łatwiej i radośniej żyć.
Mariola

Świadectwo Bożenki P.

Bóg mnie uzdrowił.

Od dziecka chorowałam, pierwsze lata życia spędziłam w szpitalu (anemia, żółtaczka). Później też ciągle miałam złe wyniki badań, brak żelaza. Chodziłam do różnych specjalistów : do neurologa, hematologa, laryngologa, przechodziłam rehabilitację kręgosłupa. Zanim wstąpiłam do Wspólnoty Krzew Winny moja wiara się wahała. Pamiętam moment kiedy uświadomiłam sobie, że nie jest dobrze. Zaczęłam błagać Boga o pomoc. Teraz wierzę mocno, że to Duch Święty zaprowadził mnie do kościoła Kapucynów. Prosiłam tam Boga, żeby mnie uzdrowił i On to uczynił – stopniowo. To był proces.
Pięć lat temu ciągle miałam zapalenie gardła. Tuż przed naszymi rekolekcjami wakacyjnymi lekarz zalecił mi usunięcie migdałków. Na rekolekcjach zachorowałam, straciłam głos, a przecież śpiewam w scholii. Nasz kapłan, brat Krzysztof pomodlił się nade mną o uzdrowienie, żebym mogła śpiewać mocno na chwałę Bożą. I tak się stało. Na następny dzień odzyskałam głos i do tej pory śpiewam Panu. Myślę, że Bóg to zdziałał przez moją wiarę i wiarę Kapłana. Wszystko jest ważne: ten, który się modli nad chorym ma mieć wiarę, ale także ten, który prosi o modlitwę również. Po powrocie z rekolekcji poszłam na wizytę do lekarza. Pani doktor stwierdziła, że mam czyste gardło. Wtedy oznajmiłam, że zostałam uzdrowiona przez modlitwę. Pani doktor wpadła w furię. Ale chcę powiedzieć, że nastąpiło też Jej uzdrowienie wewnętrzne (nawrócenie), bo po jakimś czasie weszłam na adorację do kościoła sióstr Sercanek i zobaczyłam tam tę Panią siedzącą z Pismem Świętym.

Chwała Panu!.
Teraz jestem radośniejszą osobą, zaufałam Panu. On jest moją Siłą i Mocą na dalszej drodze.
Dzięki i chwała Bogu za to wszystko co mnie spotyka.

Bożena

Świadectwo Joasi J.
Moje osobiste spotkanie z Duchem Świętym

Są spotkania, które na zawsze pozostają w żywej pamięci, wyryte zostają w sercu, odmieniają dalsze nasze życie. O takim spotkaniu chcę Wam opowiedzieć.
Wspomnienie tego niezwykłego wydarzenia, które miało miejsce 3 – 4 lata temu powróciło do mnie w tych dniach naszych spotkań z Duchem Świętym jakby miało miejsce wczoraj. Zdarzyło się ono na początku rekolekcji z O. Antonello. W przeddzień, wieczorem O.Antonello odprawił Mszę św. dla niewielkiej liczby osób. Przyjęłam jak zwykle Komunię św. Zupełnie nie przeczuwałam, co miało się wydarzyć. Otóż po zakończonej Eucharystii kapłan stanął u stóp Ołtarza, a my procesyjnie podchodziliśmy po błogosławieństwo z nałożeniem rąk. Gdy przyszła moja kolej podeszłam bez szczególnych emocji i nagle w nieoczekiwany sposób znalazłam się na podłodze doznając spoczynku w Duchu Św. Leżałam kilka minut w całkowitym spokoju, jak gdyby nie mając jeszcze świadomości co się wydarzyło. Podniosłam się bez trudu i wtedy dotarła do mnie nadzwyczajność sytuacji: w pierwszym rzędzie sprawność fizyczna ( mam chore kolana i inne ograniczenia ruchowe), nie klękam na podłodze, a już w ogóle bez pomocy nie byłabym w stanie położyć się na podłodze. W tym momencie, jak wspomniałam, wstałam bez trudu, uklęknęłam na modlitwie uświadamiając sobie, że znajduję się w jakiejś innej, nowej rzeczywistości; Oto Bóg w swoim Duchu dotknął mnie osobiście, był i jest blisko, obok, pochylił się nade mną, jest ze mną, odczuwam Jego obecność i ogarnia mnie niebiański pokój, radość, miłość. Z coraz większą mocą ta oczywistość do mnie docierała.

Wspomnieć muszę, że od szeregu lat poprzedzających zdarzenie, o którym opowiadam,uczestniczyłam – bywało, że kilka razy w miesiącu – w charyzmatycznych Mszach św. połączonych z modlitwą o uzdrowienie. Na koniec zawsze było kapłańskie błogosławieństwo indywidualne i często zdarzały się spoczynki w Duchu Świętym. Ja nigdy nie chciałam tego doświadczyć. Nie do końca wierzyłam w nadzwyczajność wydarzenia. Bałam się ,że upadając poranię się. Podchodząc do błogosławieństwa każdorazowo mówiłam w duchu: „żeby tylko mnie to nie spotkało” i nie spotkało nigdy, bo Bóg nie działa wbrew naszej woli. Tym razem Duch Św. zdecydował inaczej – ten jeden jedyny raz i wiem dlaczego. Po czasie jasne dla mnie stało się, że otrzymałam znak, abym więcej nie wątpiła. Ten znak upewniał mnie o mocy, obecności i bliskości Boga. Duch Św. dawca miłości ogarnął mnie tą obecnością, namacalnie dotknął mnie. Owego wieczora, a właściwie już nocy musiałam pokonać sporą odległość z kaplicy do domku, w którym mieszkałam. Dołączyłam do młodego człowieka, również uczestnika tej Mszy Św., który szedł w tamtym kierunku. Znałam go tylko z widzenia, a teraz stał się słuchaczem moich przeżyć. Ogarnięta niezwykłym doświadczeniem bliskości Boga, całą drogę opowiadałam mu jak jasna i oczywista stała się dla mnie prawda, że Bóg przyszedł, aby rozwiać moje wszelkie wątpliwości, że jest tuż, patrzy, dotyka, czuwa. Ten człowiek był pierwszym słuchaczem mojego świadectwa. Odczuwałam wszechogarniającą miłość do Boga, do tego człowieka, do całego świata. Wiedziałam z Pisma Świętego jakie są owoce Ducha Świętego: pokój, radość, miłość, szczęście, dobro – to wszystko stało się moim udziałem w nieziemskiej obfitości. Tak dotarłam do pokoju, w którym już była moja współlokatorka – siostra z naszej Wspólnoty. Wylałam na nią swą miłość i radość, a nade wszystko przemożną potrzebę oddania chwały Panu. Razem zaczęłyśmy wielbić Boga słowem, śpiewem z uniesionymi rękami –słowa płynęły z naszych ust – to było nie do opanowania. Królestwo Boże byłow nas – Bóg przyszedł aby Je nam objawić. Tak działał z wielką mocą Duch Święty.

Dla mnie to doświadczenie było i jest znakiem miłości Boga, że zainteresował się właśnie mną. Przekonał mnie o tym, że Go obchodzę, że zależy Mu abym wierzyła bez żadnych wątpliwości, że jest blisko, obok, dotyka, umacnia, przemienia. O tym zaświadczam, aby oddać Mu chwałę, cześć i uwielbienie!
Chwała Panu!
Joanna

Świadectwo Marii G.
Świadectwo cudu rozmnożenia pokarmu

Przed wielu laty będąc na rekolekcjach wakacyjnych w Białce Tatrzańskiej zostałam poproszona o poprowadzenie grupki jako Animatorka. Byłam wtedy bardzo niedoświadczoną Animatorką, gdyż po raz pierwszy w życiu pełniłam tą funkcję. Moja grupka składała się z młodych osób należących do Służby Maltańskiej a jej uczestnicy mieli wielkie serca. W dniu wycieczki ( w piątek) pełniliśmy dyżur w kuchni polegający na wydawaniu przygotowanych posiłków obiadowych na talerze i zanoszenie ich do jadalni.
Wycieczkowicze wrócili bardzo głodni na obiad dlatego każdy prosił o dużą porcję drugiego dania tj. ryżu z koktajlem. Moi młodzi grupowicze, tak bardzo wzięli sobie do serca tą prośbę, że szybko znikał ryż z gara, koktajl ze szklanego naczynia i zaczęło widać prawie dno gara. Gdy poszłam do jadalni zapytać ile osób jeszcze nie dostało drugiego dania, zobaczyłam las rąk i w pierwszym momencie wpadłam w panikę. Płakać mi się chciało, że właśnie mnie to musiało się przydarzyć i grupce za którą jestem odpowiedzialna. Postanowiliśmy, że odstępujemy nasze porcje dla innych skoro zawiniliśmy. Natychmiast powiadomiłam o tym fakcie moją przełożoną tj. osobę z grona organizatorów. Pierwszą decyzją jaką podjęła było natychmiast dogotowywać ryż i dorabiać koktajl. Wiedząc ile to będzie trwało a ludzie jedni już jedzą a drudzy głodni czekają, poszłam zdesperowana na ubocze i ze łzami w oczach mówiłam głośno do Boga, cytuję : „Panie potrafiłeś kiedyś rozmnożyć chleb i ryby, teraz ja błagam Cię pomóż nam „. W tym momencie podeszła do mnie moja przełożona, dotknęła mojego ramienia i powiedziała „ spokojnie” wszyscy już mają nałożony ryż i koktajl na talerze i jedzą. Zrobiłam wielkie oczy i poszłam zaglądnąć do gara, a tu widzę ryż i w naczyniu koktajl. Nasz ryż zaczął się rozmnażać do tego stopnia, że wszyscy jedliśmy go, podawali repetę proszącym o dokładkę oraz pili do woli koktajl. Nigdy nie zapomnę jak nam Bóg pobłogosławił obficie to jedzenie i wielbię Go że wybawił nas od kłopotu a mnie od wstydu.

Bogu niech będą dzięki !!!!
Maria Gielas

Świadectwo Bożenki G.
M O J A P R Z E M I A N A

 

„OTO STOJĘ U DRZWI I KOŁACZĘ…”
(Apokalipsa 3,20)
Pochodzę z rodziny katolickiej. Od dziecka byłam bardzo wierząca, nigdy nie miałam problemów z wiarą. Moją ulubioną modlitwą, od kiedy tylko zaczęłam mówić, była modlitwa „OJCZE NASZ”.
W okresie studiów w Krakowie zaczęłam szukać czegoś więcej, niż tylko wiary tradycyjnej, polegającej na odmawianiu tych samych modlitw i uczęszczaniu na Mszę Świętą. Przez pewien czas chodziłam na studenckie Msze Święte do Kościoła NMP z Lourdes oraz na wykłady do Duszpasterstwa Akademickiego „Na Miasteczku”. Zaczęłam też chodzić na studenckie Msze św. do Dominikanów. Pewnego razu po Mszy Świętej weszłam na krużganki, otaczające Kościół, aby podziwiać obrazy i płaskorzeźby znajdujące się na ścianach. Zobaczyłam młodych ludzi radośnie witających się, rzucających się sobie na szyję. Zaciekawiło mnie, co to są za osoby. Ja też tak chciałabym się zachowywać, ale nie potrafiłam. Coś mnie przynaglało, aby przychodzić tam częściej. Niespodziewanie spotkałam wśród nich znajomego, który zaprosił mnie na spotkania modlitewne Odnowy w Duchu Świętym u Dominikanów. Była to grupa w większości studencka, spotykająca się co tydzień w Kapitularzu.

Zaczęłam przychodzić na spotkania modlitewne. Obserwowałam ludzi: co robią, jak się modlą, jak z entuzjazmem uwielbiają Pana Boga. Sama nie byłam w stanie otworzyć ust, ani podnieść do góry rąk. Nie odważyłam się też, aby podejść do kogoś i porozmawiać. Czułam się jak paralityk, który sam nie może nic zrobić. Byłam wtedy nieśmiała, zamknięta w sobie, smutna, zakompleksiona, wycofana, oczekująca raczej na to, aby ktoś się mną zainteresował. Nie potrafiłam uczynić kroku do przodu. Stałam w miejscu i czekałam, nie wiem na co. Nie kochałam siebie samej i nie kochałam innych. Miałam problem z akceptacją siebie i własnego życia takim jakim jest. Na jednym ze spotkań modlitewnych, prowadzący spotkanie odczytał fragment z Pisma Świętego: „Oto stoję u drzwi i kołaczę. Jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną” (Apokalipsa 3,20). Powiedział: ”Jeśli ktoś czuje, że to teraz Pan Jezus go zaprasza, puka do drzwi jego serca, to niech podejdzie pod krzyż stojący na przodzie kapitularza, aby uczynić Jezusa Panem swojego życia”. Nie bardzo to rozumiałam, bo Jezus zawsze był moim Przyjacielem, więc jak mam Go jeszcze zapraszać? Siedziałam z tyłu sali. Mocno nasłuchiwałam z zamkniętymi oczami. Poczułam, że to Pan Jezus stoi teraz przede mną i puka do drzwi mojego serca, abym Mu otworzyła. Miałam silne pragnienie podejścia pod krzyż. Wstałam i podeszłam do przodu. Za mną szło wiele osób. Uklęknęliśmy pod krzyżem, a cała Wspólnota modliła się za nas. Była to modlitwa przyjęcia Pana Jezusa do swojego serca. Towarzyszyło tej modlitwie moje ogromne wzruszenie. Łzy płynęły mi z oczu, nie mogłam ich powstrzymać. Zanim wstałam, pomodliłam się jeszcze: „Panie Jezu, jeśli chcesz, abym tu została, to zrób coś, bo ja zupełnie nie wiem co mam dalej robić”. Gdy tylko wstałam, podszedł do mnie znajomy, który zaprosił mnie wcześniej na te spotkania i zaprowadził do osoby, która była animatorką. Z ogromną radością objęła mnie i zaprosiła do swojej małej grupki. Zaczęły się spotkania indywidualne z nią oraz wspólne z 8- osobową grupką.

Moje życie uległo wielkiej przemianie. Otwierałam się na innych ludzi, na Wspólnotę. Stałam się radosna i spontaniczna. W swoim sercu poczułam MIŁOŚĆ. Uwierzyłam, że Jezus mnie kocha, a ja Jego. Pokochałam ludzi i siebie samą. Cały świat wydawał mi się jaśniejszy, piękniejszy. Pan Jezus zaczął mnie uzdrawiać z moich zranień i kompleksów. Zaakceptowałam siebie samą taką jaką jestem. Moje życie przepełnione było wspaniałymi przeżyciami. Nawiązałam wiele bardzo wartościowych relacji. Niektóre z nich przetrwały do dziś. Zaczęłam więcej czytać Słowo Boże, które „świeciło”, mówiło do mnie osobiście i prowadziło mnie. Brałam udział w wielu rekolekcjach. Zaangażowałam się w życie Wspólnoty. Moja formacja duchowa nabrała ogromnego tempa. Miałam wrażenie, że chłonę życie w Duchu Świętym jak gąbka wodę. Chciałam nawracać wszystkich ludzi. Zapraszałam moich znajomych na spotkania modlitewne. Organizowałam w swoim pokoju, w akademiku spotkania towarzyskie połączone z rozmowami o Panu Bogu i śpiewaniem pieśni religijnych. Pragnęłam, aby wszyscy mogli przeżywać tą ogromną radość i miłość, którą mnie Pan Bóg obdarzył. aby odczuli jak Pan Bóg ich bardzo kocha, jak cenni są w Jego oczach. On kocha wielką, bezwarunkową miłością wszystkich ludzi – bez wyjątku. Puka do wielu drzwi i czeka na odpowiedź. Daje przy tym wolność i nikogo do niczego nie zmusza. Każdy może osobiście otworzyć Mu drzwi swojego serca i przyjąć Jego Miłość.

Wkrótce okazało się, że jednak nie wszyscy zapraszani przeze mnie, chcą przychodzić na spotkania modlitewne i nie wszyscy czują i pragną tego samo co ja. Nie wszyscy są gotowi otworzyć swoje serce Jezusowi i przyjąć Jego Miłość. Z całego akademika, tyko ja wtedy chodziłam na spotkania modlitewne. Poczułam, że jest to pewien rodzaj wybrania. Pan Bóg mnie wybrał spośród wielu. Okazał mi swoją wielką Miłość i Łaskę, na którą niczym nie zasłużyłam. Po kilku miesiącach od zaproszenia Jezusa do swojego serca otrzymałam dar modlitwy językami- w święto Zesłania Ducha Świętego. To była przeogromna radość. Zrozumiałam, że w ten sposób Duch Święty sam się modli we mnie. Po pewnym czasie przeżyłam Seminarium Odnowy w Duchu Świętym. Zgłębiałam tajemnicę Trójcy Świętej. Pozwoliłam się prowadzić Duchowi Świętemu, słuchając Jego natchnień i Słowa Bożego. Szukałam obecności Boga w każdej chwili mojego życia. Po chwilach radosnych i pięknych przyszły też trudne i smutne. Doświadczyłam ogołocenia i czasu pustyni. Miałam wrażenie, że to co otrzymałam, było mi odbierane. Wiele też nadal otrzymywałam. Wzrastałam duchowo i służyłam Panu Bogu i ludziom w tej Wspólnocie przez wiele lat.

Od około 12-tu lat jestem we Wspólnocie Krzew Winny, która jest dla mnie wielkim darem i wsparciem. Mogę w niej nadal wzrastać, umacniać swoją wiarę i dojrzewać duchowo oraz służyć tym, czym Pan Bóg mnie obdarzył. Modlę się wstawienniczo za innych, a oni modlą się za mnie, gdy tego potrzebuję. Relacje między nami we Wspólnocie w Duchu Świętym są głębsze i trwalsze. Umacniamy się nawzajem przez wspólne i osobiste rozważanie Słowa Bożego, dzielenie Jego działaniem w naszym życiu. Rozmawiamy ze sobą o tym co nas boli i co nas cieszy. Uczymy się przebaczać sobie nawzajem. Duch Święty nas jednoczy w naszej różnorodności i oświeca naszą drogę.

Mimo różnych trudności wierzę mocno, że Pan Jezus jest zawsze ze mną, niezależnie od tego co przeżywam. Tylko Jemu mogę zaufać, powierzyć każdą sprawę. Jest moim najlepszym Przyjacielem. Troszczy się o mnie nawet w najdrobniejszych szczegółach. Wielokrotnie daje mi znaki swojej obecności w cudach, które czyni we mnie, we Wspólnocie i innych. Obdarza mnie wieloma łaskami. On cały czas jest ze mną i wieczerza, a ja z Nim.

Chwała Panu!
Bożena

Świadectwa Kingi
BOŻE SZLIFOWANIE

Moim problemem była nieśmiałość. Byłam osobą wycofaną, o niskim poczuciu własnej wartości. Onieśmielenie, lęk przed nowymi sytuacjami, ludźmi utrudniały mi życie. Dlatego zawsze modliłam się o odwagę, męstwo, ufność. I Pan wysłuchał mojej modlitwy! Co prawda nie tak jak sobie to wyobrażałam.
Nie sprawił, że w mgnieniu oka stałam się osobą pozbawioną mojej słabości. Był i nadal jest to długotrwały proces. Pan stopniowo wyprowadzał mnie z mojego zamknięcia. Stawiał przede mną zadania, które były – tak to z perspektywy czasu widzę – praktycznymi ćwiczeniami wychodzenia z nieśmiałości, zadania, które
mnie hartowały i wzmacniały wewnętrznie. Pan zna moje możliwości, dlatego to Boże szlifowanie dokonywało się w bezpiecznej przestrzeni mojej Wspólnoty.

Tak, wierzę, że to Pan zapraszał mnie do kolejnych zadań: bycia animatorką, prowadzenia spotkań modlitewnych, głoszenia konferencji, bycia odpowiedzialną Wspólnoty. Zapraszał, choć wiedział ile we mnie lęku przed nowymi wyzwaniami! Oczywiście, Bóg szanuje moją wolność – pytał: „Jeśli chcesz…”
Była to Boża terapia dostosowana do moich możliwości. Boży sposób na mnie. Bóg leczył moje lęki, nieśmiałość, ale przede wszystkim upominał się o moją bliską relację z Nim! Niejednokrotnie dotkliwie doświadczałam jak powierzone mi wspólnotowe posługi bardzo mnie przerastają, jak sobie z nimi nie radzę…, ale te sytuacje były właśnie szczególnym Bożym zaproszeniem do bliskości z Nim, do szukania u Niego pomocy, siły, światła, mocy… To była szkoła ufności, szkoła zwierzenia Bogu. Wtedy też stało się dla mnie jasne, że ufność jest nierozerwalnie związana z męstwem. Ufność wymaga odwagi! I Pan dawał jej tyle ile trzeba!
Pan mnie zmienił i nieustannie zmienia. On jest Źródłem Męstwa! Sprawił, że nieśmiałość nie jest już
moim problemem, bo stawiam jej czoła razem z Nim! Są spotkania, osoby, sytuacje, których się boję, przed którymi najchętniej bym uciekła…ale wtedy z pomocą Bożą walczę o ufność, o męstwo ufności i w Imię Boże podejmuję stojące przede mną wyzwania.

I chwała Panu!
Kinga

 

BOŻY DENAR

Dobrych parę lat temu doświadczyłam w swoim życiu kryzysu wiary. Złożyło się na to kilka zewnętrznych okoliczności, które pokazały mi prawdę o mnie, o mojej duchowej kondycji. Mama zachorowała na raka – diagnoza: rak złośliwy. Relacja, która była dla mnie bardzo ważna rozpadła się, a wraz z nią wszystkie moje plany, marzenia. Sama w tym czasie też chorowałam. Przyjaciółka, która była mi wtedy bardzo potrzebna, nie miała dla mnie czasu…Te zwykłe ludzkie doświadczenia sprawiły, że moja wiara w Bożą miłość zachwiała się. Trudno mi było przyjąć sercem, że Bóg naprawdę mnie kocha, chce mojego dobra i naprawdę nie robi
mi krzywdy. Mówiłam Bogu o tym co czuję, wylewałam przed Nim moją gorycz, pretensje, poczucie odrzucenia… Słuchał cierpliwie. Nie zostawił mnie w takim stanie. Walczył o mnie… ze mną samą na różne sposoby, też przez Swoje Słowo. Na modlitwie otworzyłam Słowo z dwudziestego rozdziału Ewangelii wg św. Mateusza – była to przypowieść o robotnikach w winnicy. To było Słowo, które poruszyło mnie do głębi. Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną?
…Nie czynię Ci krzywdy! To Słowo było jak miecz obosieczny – pokazało mi prawdę o Bogu i o mnie – o moich motywacjach w relacji z Nim, mojej interesowności, słabości… Dotarło do mojego serca, że Bóg umówił się ze mną tylko… i aż o denara! Tym denarem jest Jego Królestwo, jest On Sam! Stało się jasne, że Pan naprawdę nie czyni mi krzywdy! To Słowo było światłem, które bardzo delikatnie przenikało moją ciemność. To Słowo wyprowadzało mnie z pułapki porównywania się z innymi.
Bóg wie, co komu dać i nie czyni mi krzywdy! Jego denar to tyle ile mi trzeba. On wie ile! I choć od tych doświadczeń minęło już sporo czasu TO Słowo jest we mnie ciągle żywe!

Wracam do niego w konkretnych sytuacjach życiowych, gdy zmagam się z samą sobą, gdy muszę walczyć o nadzieję, ufność. Wypowiadam je w chwili pokusy, która uderza w moje zawierzenie Bogu: przyjacielu, nie czynię Ci krzywdy…
Słowo Boże ma wielką moc! Chwała Panu!
Kinga

Świadectwo Lidki

Jestem bardzo wdzięczna

Pragnę zaświadczyć o Bożym działaniu w moim życiu, w czasie przynależności do Wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym Krzew Winny w Krakowie.
Pamiętam jedno z pierwszych nauczań, dla mnie przełomowe: gdy nie odrzucamy cierpienia, ale je przyjmujemy i przeżywamy razem z Panem, otwieramy się na łaski wysłużone przez Jego śmierć, wielkie dary. Odtąd, bardzo powoli, zaczęłam zmieniać swoje podejście do cierpienia, przyjmowałam je, chociaż przez łzy.

Wkrótce w moim życiu rozpoczęło się trzęsienie ziemi, z powodu sprawy w sądzie pracy i sąsiadów notorycznie zakłócających ciszę nocną. Poprosiłam o modlitwę wstawienniczą. Zostałam wezwana do mocnej wiary, przekazano mi Słowo z Ewangelii o kobiecie usilnie proszącej Jezusa o uzdrowienie córki i wewnętrzny obraz jednej z modlących się osób: bardzo ciemne chmury ustępują, pojawia się słońce, niebo staje się błękitne. I tak było – wygrałam sprawę w sądzie, relacje z dyrektorem stały się nadzwyczaj dobre, później nawet pomagał mi w poszukiwaniu pracy. Drugi problem też został pomyślnie rozwiązany – kupiłam mieszkanie z widokiem na Tatry, Beskidy, Wawel itp., a przy tym zyskałam finansowo.

Niezwykle cenna była dla mnie modlitwa wstawiennicza podczas rekolekcji wakacyjnych w Bachledówce. Prosiłam o rozwiązanie drobnej, ale uciążliwej sprawy. Tymczasem osoby posługujące miały poznanie poważnego problemu: potrzeba dalszego oczyszczenia ze skutków medytacji transcendentalnej, radiestezji itp. Przekazały też cenne informacje o moich zranieniach, ich przyczynach i drodze wyjścia. Poszłam za tym, przeszłam kilka modlitw o uwolnienie. Tamta modlitwa bardzo umocniła moją wiarę, natomiast problem, z którym przyszłam, rozwiązał się po powrocie do Krakowa. Pan Bóg dwukrotnie mnie uzdrowił. Najpierw miałam przejść operację, w związku z oderwaniem fragmentu kostnego w palcu prawej ręki, potem z powodu stanu zapalnego ścięgna w stopie (silny ból, trudności w chodzeniu). Oddałam obie sprawy Panu Jezusowi, mówiłam: „Panie, mam teraz tyle pracy, jestem zadłużona, jak sobie poradzę bez ręki (nogi)? Przecież dla Ciebie nie ma rzeczy niemożliwych. Ale niech będzie Twoja wola”. Konsultację przedoperacyjną ręki chirurg zakończył słowami: „Ja tu nic nie widzę, wszystko jest w porządku”. Skierowanie na operację stopy mam do dziś, dwa dni po jego otrzymaniu zaczęłam normalnie chodzić. Wiele znaczyła dla mnie modlitwa o wylanie Ducha Świętego, kończąca Seminarium Odnowy. Jeden ze wstawienników zapytał, czy w moim domu jest reklama czasopisma „Szaman”. Odpowiedziałam: „Nie, nigdy nie miałam tego pisma w ręce. Poza tym niedawno zmieniłam mieszkanie, więc na pewno bym go widziała”. Na koniec ponowił pytanie. Ten problem nie dawał mi spokoju. Po powrocie do domu sięgnęłam po książkę, mówiącą o dietach, sokach i ćwiczeniach – na ostatniej stronie była maleńka (ok. 2×4 cm) reklama tego pisma…

Za ogromną łaskę uważam modlitwę Słowem Bożym, w Duchu Świętym, podczas spotkań modlitewnych Wspólnoty. Doświadczam tego, że jest to Słowo żywe, mówi o tym, co przeżywam, z czym się zmagam, umacnia, daje odpowiedź lub potwierdzenie podjętej decyzji. We Wspólnocie nauczyłam się zapraszać Pana do każdej sprawy, także odpoczynku czy zabawy, mimo że powierzyłam Mu wcześniej cały dzień. A także pytać w trudnościach: „Panie, co chcesz mi przez tę sytuację powiedzieć?”. I widzę owoce tych praktyk. Jestem bardzo wdzięczna Bogu za dar Wspólnoty i za wszystko, co w niej otrzymałam.

Chwała Panu!
Lidia

Świadectwo Zosi W.

PRZYJĘŁAM JEZUSA JAKO PANA I ZBAWICIELA!
Pragnę podzielić się świadectwem przemiany mojego życia, aby oddać chwałę Jezusowi oraz podziękować Mu za to co dla mnie uczynił i czyni nadal.
Moja wiara wyniesiona z domu dzięki bardzo mądrej i pobożnej Mamie, zaczęła się chwiać, gdy pojechałam na studia do innego miasta. Bezpośrednią przyczyną były wykłady z filozofii marksistowskiej, prowadzone przez człowieka wrogiego Kościołowi. Pojawiły się u mnie wątpliwości natury intelektualnej. Próbowałam się ratować przez słuchanie wykładów w duszpasterstwie akademickim, ale to nie pomagało. Jezus przyszedł do mnie wtedy inaczej : przez Pismo święte, a dokładnie Nowy Testament, który staruszek stryj kupił specjalnie dla mnie – spod lady( jak wówczas bywało).  Miałam je wtedy w ręce pierwszy raz w życiu. Gdy czytałam o Jezusie, zaczęło do mnie docierać, że On jest realną, historyczną Osobą.

Pojawiła się wielka fascynacja. Chciałam o Nim wszystko wiedzieć, ale ciągle jak o bohaterze minionych czasów. To nie wystarczyło, gdy wróciłam do rodzinnego miasta. Już nie miałam środowiska duszpasterstwa. Praca zajmowała mi cały czas i zobaczyłam, że stałam się „niedzielną katoliczką”. Na dodatek popadłam w pracoholizm, którym pokrywałam samotność, trudności w nawiązywaniu kontaktów, smutek, niską samoocenę, brak wolności wewnętrznej, skrępowanie lękami i kompleksami. Wtedy Jezus przyszedł do mnie po raz drugi … przez awarię tramwajową, która spowodowała, że w sposób niezamierzony znalazłam się na spotkaniu modlitewnym Odnowy w Duchu Świętym. Zobaczyłam tam radosnych, entuzjastycznych, rozmodlonych, szczęśliwych ludzi. Zafascynowała mnie ich autentyczna, prawdziwa więź z Bogiem. Ich modlitwa była rozmową z NIM . Za tym tęskniłam od lat. Gdy pomyślałam: „Dla mnie to niemożliwe”; usłyszałam propozycję : „Możesz zaufać Jezusowi i przyjąć Go jako swojego Pana i Zbawiciela”. Bałam się, ale wiedziałam, że jest to jedyna szansa, która się nie powtórzy! I zrobiłam to! PRZYJĘŁAM JEZUSA JAKO PANA I ZBAWICIELA! I co się stało? Totalna rewolucja w moim życiu! Jezus przestał być tylko postacią historyczną, ale stał się moim Przyjacielem. Modlitwa stała się rozmową z Jezusem. Spotkałam Go w Jego Słowie. On zaczął do mnie mówić, a raczej ja Go dopuściłam do głosu. Nie traktowałam już Biblii jak historii sprzed paru tysięcy lat, którą „każdy kulturalny człowiek powinien znać”, ale jako Słowo skierowane do mnie osobiście. To list Jezusa, który pisze do mnie każdego dnia. Oświeca moje życie i prowadzi mnie.

Doświadczyłam ogromnej wolności. Już nie bałam się ludzi. Przeżywałam jedność z nimi, najpierw na modlitwie, a potem w życiu. Ja, która wcześniej nie odważyłam się zagadać do kogoś obcego, teraz we wszystkich widziałam braci w Chrystusie. Pragnęłam, aby także oni Go poznali. Ewangelizowałam: w pracy, na ulicy, w rodzinie. Przepełniało mnie takie szczęście, że „z obfitości serca mówiły usta”. Nawet za granicą, gdzie niespodziewanie się znalazłam (było to wówczas rzadkością) miałam szczęście mówić o Jezusie, który dał mi nowe życie. Widziałam Jego działanie w sobie, a także w innych. Nawrócenia i uzdrowienia dokonywały się niekoniecznie przez posługę wielkich ewangelizatorów, ale przez modlitwę kilku studentów. „Pan potwierdzał swoją naukę znakami, które jej towarzyszyły” (Mk 16,20). Duch Święty dał mi też odwagę do czynnej pomocy chorym, których dotąd się bałam. A w tym wszystkim była radość – „Pan zamienił w taniec mój żałobny lament’” (Ps 30, 13) i to dosłownie! Nieraz tańcem razem z innymi uwielbiałam Pana. A jak jest teraz, po tych trzydziestu paru latach? Pan przeprowadził mnie przez trudności, zwykłe trudy życia: przez śmierć Rodziców, zawód w planach życiowych, problemy zdrowotne, trudności w relacjach.

On zawsze jest wierny. To niesamowite jak szybko przywraca mi spokój, zdrowie, daje przebaczenie. Pozwala mi widzieć cuda, które czyni (szczególnie w relacjach) oraz moje i innych nawrócenia. On czyni mnie szczęśliwą każdego dnia. Życie z Nim jest cudowne!

Chwała Panu!
Zosia

Swiadectwo Agaty
Świadectwo Agaty

Od kiedy pamiętam rodzice zabierali nas na mszę. Mnie i mojego starszego brata. Tak minęły 23 lata aż – zupełnie przypadkiem – znalazłam się na pierwszych rekolekcjach Odnowy w Duchu Świętym w małym mieście w województwie świętokrzyskim. Z ludzkiego punktu widzenia to był przypadek, ale czy rzeczywiście tak było?

W czasie studiów stale żyłam w grzechu. Któregoś dnia zobaczyłam ulotkę. Bardzo agresywne przesłanie dla ludzi, którzy wykręcają się takimi stwierdzeniami: wierzący-niepraktykujący, niezbyt religijni, ale uduchowieni, i najciekawsze, że wierzą w Boga, ale nie w Kościół. W dalszej części autor zachęca do wystąpienia z Kościoła, jeśli jesteśmy jednymi z tych, którzy deklarują przytoczony światopogląd. Nie wpisywałam się w żaden z tych modeli, ale nadal żyłam w ciężkim grzechu. Postanowiłam, że zrywam z tym, ze wszystkimi konsekwencjami, jakie mnie czekały od najbliższego roku akademickiego. Wróciłam do domu na wakacje. Któregoś dnia po tym zdarzeniu postanowiłam, że pójdę do spowiedzi. Podczas mszy nikt nie spowiadał. Ani rano, ani wieczorem. Aż w końcu okazało się, że po którejś z kolei mszy będą rekolekcje…. Jakaś odnowa ….. Nic nie rozumiałam, ale postanowiłam, że zostaję …

Uczestniczyłam w tych spotkaniach z dużym dystansem. Rzadko czytałam zadane fragmenty Pisma Świętego. Patrzyłam na ludzi z rozłożonymi rękami z bardzo dużą rezerwą. Na grupach dzielenia byłam jakby nieobecna. Nie wiedziałam o co im chodzi. Byłam tam jedynie aktem woli. Któregoś ranka wstałam w całkowicie odmiennym stanie. Byłam szczęśliwa i zadowolona. Płakałam łzami radości i pierwszy raz pomyślałam o Duchu Bożym. Przyszedł mimo zamkniętych drzwi. Wystarczyła jedynie moja oschła obecność w kościele.

Zaraz po rekolekcjach przestałam żyć z Panem Bogiem. Znowu wróciłam do starych nawyków. Rok później wyszłam za mąż, urodziłam synka i aż do 2017 roku tak bardzo tęskniłam za wspomnianym już spotkaniem z Panem. Jakiś czas później, NA CHWAŁĘ BOŻĄ, przez moje ręce została zawiązana wspólnota róży różańcowej rodziców w intencji dzieci i wnuków. W drugiej róży, którą zawiązał Pan, modlą się ludzie, których wcześniej nie znałam. Codziennie ktoś dzwonił i prosił o przydzielenie dziesiątki. Jedna z tych osób opowiadała mi przez wiadomości tekstowe na Facebook’u o swojej siostrze i o tym, jak chciałaby, żeby ona uczestniczyła w rekolekcjach Odnowy w Duchu Świętym we wspólnocie Krzew Winny. Byłam wtedy w domu z moim małym synkiem i nie mogłam włączyć komputera. Tęskniąc przez tyle lat za wspólnotą i za Dotykiem Bożym zapytałam moją rozmówczynię, czy mogłaby mnie zapisać! Zrobiła to z ochotą!

Jestem wdzięczna tym, którzy się za mnie modlili. Jestem wdzięczna mojej mamie, która modliła się za mnie w róży różańcowej za dzieci i wnuki. Wierzę, że te rekolekcje to owoc jej wieloletniej modlitwy. Krzew Winny zorganizował w sobotę modlitwę wstawienniczą. Każdy miał 45 około minut. Moja modlitwa trwała dwie godziny. Strach przestał mnie już paraliżować. Zobaczyłam prawdziwy obraz siebie. Tak bardzo chciałam, żeby inni mnie lubili. Zapomniałam o sobie. Nikt mnie nie szanował, bo byłam na wyciągnięcie ręki. Podczas wylania Ducha Św. dostałam Słowo Boże z Listu do Galatów, które mam cały czas w pamięci:

„A zatem teraz: czy zabiegam o względy ludzi, czy raczej Boga? Czy ludziom staram się przypodobać? Gdybym jeszcze teraz ludziom chciał się przypodobać, nie byłbym sługą Chrystusa”.

Prosiłam Pana Jezusa o prawdę o sobie. Żeby mi powiedział, kim jestem i jakie mam kłopoty. Dostałam odpowiedź. Nie muszę już być wspaniała w oczach ludzi. Nie wszyscy muszą mnie lubić. Poczułam ulgę.

Któregoś dnia jechałam autobusem na seminarium wiary, nie czytając w pełni zadanego Słowa Bożego. Jechałam autobusem z wielkim żalem. Czytałam te modlitwy i myślałam, że to wszystko na nic. Znowu coś zaprzepaściłam. Do Słowa Bożego był komentarz, żebyśmy razem z Panem Jezusem, trzymając się za ręce, modlili się wspólnie modlitwą „Ojcze Nasz”. Ostatkiem sił, z żalem i rezygnacją zamknęłam oczy. Cały czas jadąc myślałam zuchwale, że Pan Jezus trzyma mnie za rękę, że jest naprzeciwko mnie. Chwilę później przystanek. Otworzyły się drzwi. Od przodu autobusu, przy kierowcy, weszli trzej niewidomi. Próbowali iść w stronę drugiego wyjścia. Autobus ruszył niezdarnie. Niewidomy chłopak wyciągnął bezwiednie rękę w moją stronę, w odruchu ratunku. Nie zastanawiając się, złapałam bardzo mocno Jego dłoń i odprowadziłam do wyjścia.

DZIĘKUJĘ, KOCHANY PANIE JEZU. TĘSKNIĘ.

Agata.

Świadectwo Gienka
Poczułem się kochany od środka

Odkąd pamiętam, chodziłem do kościoła. Tak zostałem wychowany. Chodziłem, bo tak należy. Nie uważałem, aby to coś mi dawało, raczej obawiałem się, że coś stracę, jeśli nie będę „chodził”. Starałem się wierzyć. Jednak, z perspektywy czasu widzę, że Bóg był dla mnie abstrakcyjnym pojęciem – pewną kategorią myślową.

Jednocześnie czułem się gorszy od innych, miałem obniżone poczucie swojej wartości, porównywałem się z innymi, poszukiwałem akceptacji, miłości u ludzi. Szukałem tego i nie znajdowałem. To rodziło moje przygnębienie, stagnację życiową. Czułem się pusty w środku, bezwartościowy, nic nieznaczący…
By sobie pomóc, zamierzałem studiować psychologię. Z czasem zrozumiałem, że mój trud jest efektem tego, że gdy byłem małym dzieckiem, nie otrzymałem tyle miłości, ile było mi niezbędne do życia.

Było tak, aż do dnia, gdy czytając Pismo Święte, natrafiłem na fragment: „A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany.” (Rz 5,5). Pamiętam dokładnie tamten wieczór. W jednej chwili uświadomiłem sobie, że to prawda, że przecież Duch Święty żyje we mnie od momentu Chrztu Świętego, że pełnia czystej Miłości od tamtego czasu jest we mnie! I że jest to Miłość, jakiej nie mógł dać mi żaden człowiek. Poczułem w sobie Miłość. Poczułem się kochany „od środka”. Doświadczyłem obecności. Ducha Świętego w sobie.

Nie musiałem sobie nic tłumaczyć, bo to doświadczenie mówiło samo za siebie. To była łaska tamtej chwili. Łaska, która mnie zaskoczyła. Tak, słyszałem nie raz, że Słowo ma moc przemienić życie, i wierzyłem w to, ale nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem. Tak, to zdanie słyszałem już wcześniej, jednak dopiero wtedy jakoś szczególnie do mnie dotarło, nawróciło moje myślenie i ujawniło swoją moc. Słyszałem też wcześniej o Duchu Świętym, lecz nie doświadczałem Jego obecności. Słyszałem o tym, że „rozlewa się” w człowieku, jednak stało się to w moim życiu, dopiero wówczas.

Od tamtej chwili moje życie się zmieniło. Pokochałem siebie, także swoje słabości, bo przecież Bóg mnie kocha. Poczułem swoją godność. Poczułem się bardziej wolny, wolny od zamartwiania się sobą, wolny także od niemocy! Tego samego wieczoru zadzwoniłem do osoby, z którą miałem bardzo trudną relację.
Czułem się na siłach, by wszystko naprawić, wyprostować. Następnego dnia podjąłem różne sprawy, do których wcześniej nie miałem siły. Z czasem zobaczyłem, że w moim życiu pojawiła się nadzieja …

Jezus stał się dla mnie Bogiem żywym, obecnym, bliskim. Odtąd nie muszę się „zmuszać” do relacji z Nim, bo ta relacja stała się oczywista. Doświadczam tego, że Bóg jest moim Ojcem, a ja Jego synem. Doświadczam mocy Miłości, którą jest Duch Święty.

Od tamtego czasu inaczej podchodzę do trudnych życiowych zdarzeń, do relacji, z którymi sobie nie radzę. Zapraszam do nich Ducha Świętego. Taka, czy inna moja nieumiejętność przestały mnie smucić, gorszyć, przygniatać. Widzę w nich zachętę do otwartości na Ducha Świętego, do zapraszania Go do
mojego życia i pogłębiania relacji z Nim. I często widzę owocność Jego działania w tych sytuacjach …
Gienek

Przewrót w 48 godzin - Piotrek
Świadectwo Piotra S.

Bóg nie przestaje interweniować w moim życiu.

Mam 53 lata, jestem dziadkiem, ojcem, mężem.

Moja żona od lat działała w Kościele, udzielała się w różnych wspólnotach. Ja wręcz przeciwnie. Nie znosiłem wspólnot, nie znosiłem osób działających we wspólnotach, a w szczególności nie znosiłem świadków.
Kiedy w tamtym czasie moja żona wychodziła na spotkanie wspólnoty ja dostawałem szewskiej pasji. Złościłem się, przeklinałem, trzaskałem drzwiami…
W tamtym czasie całymi dniami siedziałem przy komputerze i grałem na giełdzie, na forexie.
Czasem z żoną wyjeżdżaliśmy na weekend. to był ostatni weekend września 2011 roku. Wtedy za miejsce naszego wypoczynku wybraliśmy Kalwarię Zebrzydowską. W piątek po pracy ok 16-tej wyruszyliśmy z Krakowa. Ponieważ czasem z żoną na takich wyjazdach czytamy sobie książki na głos, było dla mnie całkiem normalne, że poczułem naraz, że muszę przyspieszyć aby zdążyć do księgarni przyklasztornej aby kupić coś do czytania. Nocleg mieliśmy bowiem w przyklasztornym hoteliku. Więc, przyspieszyłem. Dojechaliśmy akurat na czas, abym zdążył, tuż przed zamknięciem porwać trzy pierwsze lepsze książki. Przyszedłem z nimi do naszego pokoju, rzuciłem na łóżko i powiedziałem do mojej żony: – będziemy czytać.
Ona wzięła jedną książkę, potem drugą i w końcu ostatnią i zapytała: coś Ty kupił? Przecież tu są same świadectwa i… o wspólnotach…Moja pycha nie pozwoliła mi przyznać, że źle wybrałem. Powiedziałem krótko: – będziemy czytać!
Więc czytaliśmy…w piątek, w sobotę i do południa w niedzielę. To były książki napisane przez ojca Witko. W niedzielę po południu wróciliśmy do domu a ja oznajmiłem: zapisuję się do wspólnoty. Moja żona pomyślała że żartuję. Ja jednak otwarłem komputer i zacząłem szukać wspólnoty, która ma spotkanie w najbliższych dniach. Znalazłem Krzew Winny – wspólnotę u ojców Kapucynów. Spotkanie było w…poniedziałek wieczorem. W poniedziałek kiedy wieczorem wróciłem do domu żona zapytała no i co byłeś? Odpowiedziałem, że byłem. Byłem i dałem świadectwo…Moja żona nie mogła uwierzyć, to był prawdziwy wstrząs:)
Zapytała: no ale jak to dałeś świadectwo?
– Bo najpierw była Msza Święta a później spotkanie modlitewne i w trakcie jakaś siostra (Kinga) głosiła konferencję o Bożym Miłosierdziu. Na koniec zaproponowała, że jeżeli ktoś doświadczył Bożego Miłosierdzia we własnym życiu to teraz jest czas kiedy może o tym zaświadczyć.
Usłyszałem takie pytanie w mojej głowie: – no i co nie zaświadczysz? W jednej chwili stanęła mi przed oczami moja historia, całe moje życie. W mgnieniu oka poznałem kiedy Bóg interweniował w moim życiu.
Nigdy nie zgadzałem się wcześniej na żadne wystąpienia publiczne. Prowadziłem grzeszne życie i miałem wrażenie, że kiedy coś mówię czy staję przed szerszym gremium – to wszystko co chciałem ukryć staje się widoczne. Generalnie nigdy nie wypowiadałem się publicznie i nigdy wcześniej nie byłbym w stanie wyjść przed kościół pełen ludzi – może wtedy nie wszystkie miejsca były zajęte:).
Tak czy owak, kiedy usłyszałem to pytanie, pomyślałem niech się dzieje…i wyszedłem na środek. Dostałem mikrofon do ręki i powiedziałem świadectwo. Nie pamiętam dokładnie co po kolei mówiłem, ale ponoć mówiłem kilkadziesiąt minut. (Teraz kiedy biorę mikrofon do ręki zwykle ktoś mi przypomina – Piotrze krótko:)
Wtedy, w jednym momencie stanęły mi przed oczami wszystkie te chwile kiedy po ludzku nie było rozwiązania a jednak wszystko z Bożą pomocą wracało do normy. Ja oczywiście regularnie chodziłem do kościoła, w każdą niedzielę. Co jakiś czas do spowiedzi. Jednak regularnie grzeszyłem. Mimo to, cały czas miałem poczucie, że ktoś modli się za mnie, że jestem otoczony opieką. Nawet miałem takie przekonanie, że mimo mojego grzesznego życia mogę więcej… Najpierw myślałem, że to mama czy babcia. Jednak dziś mam pewność, że One też, ale mam pewność, że za mną cały czas wstawiał i wstawia się Jezus.
Wychowałem się blisko Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach w Krakowie. Nasz dom stoi ok 100 m od tego cudownego miejsca wybranego przez Boga. Jako dziecko z babcią chodziliśmy do sióstr po kapustę kiszoną albo inne sadzonki…Siostry bowiem w tamtych latach prowadziły gospodarstwo rolne. Mój dziadek przyjaźnił się z malarzem panem Adolfem Hyłą, który namalował Ten obraz, który ponoć suszył się u nas w domu gdyż mieszkanie państwa Hyłów było już całe zastawione obrazami i nie było miejsca…Dzienniczek był podstawową lekturą mojej babci i zawsze był pod ręką.
Kiedy nasza córeczka się urodziła moja żona zaczęła chorować. Zaczęły pojawiać się guzy w jamie brzusznej. Miała kilka operacji i była tuż przed kolejną, która miała być najpoważniejszą. Odwiedziła ją koleżanka i wręczyła obrazek Ojca Pio i zaleciła aby wierzyła i modliła się za Jego wstawiennictwem. Tak zrobiła. Wtedy nie było jeszcze USG, kiedy operacja się zaczęła okazało się, że guzów nie ma.
W latach 90-tych prowadziliśmy firmę. Generalnie dawaliśmy sobie radę. Któregoś dnia jednak okazało się, że nie mamy na chleb. Po prostu nie było za co zrobić zakupów. Nie dość tego przyszedł kolega, który kiedyś załatwił mi pracę, chciał pożyczyć pieniądze i kiedy mu wytłumaczyłem że akurat nie mamy ani grosza było mu przykro i chyba pomyślał że nie chcę mu pożyczyć. I tak siedzieliśmy zmartwieni w kuchni. I zaczęliśmy marzyć, że jakbyśmy mieli rodzinę za granicą to by nam przysłali jakieś 50 dolarów i byłoby po problemie ale nie mieliśmy…Nie minęło pięć minut, ktoś zapukał do drzwi. Okazało się, że to listonosz z telegramem (wtedy były telegramy). Telegram był z banku. W treści było napisane, że na nasze nazwisko wpłynęło właśnie 50 dolarów z USA. Okazało się, że parę lat wcześniej oprowadzałem parę starszych Amerykanów po Krakowie i to właśnie Oni postanowili nam przesłać 50 dolarów. Pan Bóg zawsze przybywa na czas i nigdy się nie spóźnia...
Potem był czas prosperity, działaliśmy w pięcioosobowej spółce. Pewnego pięknego dnia moi wspólnicy postanowili poręczyć kredyt dla firmy która była naszym dłużnikiem. Biznesowo absurdalna decyzja, ja byłem przeciw, ale zostałem przegłosowany. Kredyt został wzięty i niespłacony a bank zgłosił się do nas jako poręczycieli po kwotę ponad 100.000 dolarów. W tamtym czasie kiedy zarabiało się miesięcznie ok 30 dolarów to była fortuna. Z żoną podjęliśmy decyzję że żadnego kredytu nie będziemy spłacać i że uciekamy do Włoch (wtedy nie było Unii). Siedzieliśmy na walizkach (dosłownie) robiliśmy sobie zdjęcia pamiątkowe. Na drugi dzień rano mieliśmy bilety do Włoch na resztę naszego życia. Ktoś zapukał do drzwi. Listonosz z listem poleconym z banku. W treści listu była informacja, że firma dłużnika została sprzedana a nabywca spłacił dług. Pan Bóg ma doskonałe wyczucie czasu i nigdy się nie spóźnia, i zawsze przychodzi kiedy Go wzywamy. Na drugi dzień pojechaliśmy na najdłuższe w naszym życiu wakacje do Włoch, na prawie trzy miesiące. Było cudownie – organizacja: „Jezus Travel”.
I w końcu w 2011 roku zacząłem się nawracać. Pan Bóg ma doskonałe wyczucie czasu…Wierzę, że zdążę…dzięki Jego Łasce i Miłosierdziu.
Chwała Panu!
piotrek